Radwanice

  • Drukuj

Radwanice niem. Wiesau (do 1938 r. dwie odrębne wsie Wiesau i Ransdorf)  Miejscowość po raz pierwszy wspomniana została w roku 1312 pod nazwą Wesin. Na terenie Radwanic występowały dwa założenia folwarczno-parkowe. Do dnia dzisiejszego pozostał tylko park we wschodniej części Radwanic, który dziś służy mieszkańcom, jako miejsce wypoczynku, spotkań i imprez kulturalno-rozrywkowych. W południowo-zachodniej części wsi prawdopodobnie znajdował się dawny cmentarz żydowski, po którym nie ma już śladu. W roku 1946 powstała szkoła podstawowa. W latach 1972-1973 wybudowano ośrodek zdrowia, który oddano do użytku w 1974 roku. Również w roku 1974 wybudowano restaurację pn. „Parkowa”, w której znajdowała się kawiarnia i bar. Restauracja pomimo wielokrotnym zmianom swych właścicieli i wyglądu prosperuje do dziś. 
Dzisiejsze Radwanice to największa miejscowość i zarazem siedziba gminy.
Jej ludność wynosi 1959 os. (stan na dzień 31.12.2015r.) a powierzchnia obrębu geodezyjnego (nr obrębu 13) zajmuje obszar 1009,64 ha. Wieś jest lokalnym centrum społecznym, znajdują się tu najważniejsze instytucje użyteczności publicznej tj. szkoły, ośrodek zdrowia, biblioteka, Gminny Ośrodek Kultury, Urząd Pocztowy, Ochotnicza Straż Pożarna, Rewir Dzielnicowych KPP, banki, sklepy itp. Na początku XX wieku w Radwanicach istniała dobrze prosperująca roszarnia (oddział zakładu włókienniczego). Dziś tereny po byłym zakładzie są porządkowane i stanowić będą teren inwestycyjny.

Tereny inwestycyjne Gminy Radwanice

Legenda - Upiór z Radwanic

Przed z górą stu laty panem w radwanickim pałacu i właścicielem tamtejszych dóbr ziemskich był niejaki Noack. Dziedzic ów posiadał okropną naturę. Służbę, pracowników i w ogóle bliźnich, traktował źle, więcej – z okrucieństwem. Z krzywdy ludzkiej nic sobie nie robił. Jego nieprawości i grzechom nie było końca. Noack miał urodziwą córkę na wydaniu. O jej rękę starał się niejaki pan Schneider – z dobrym skutkiem. Po weselu młodzi zamieszkali w pałacu. Jakoś niedługo potem zmarł okrutny teść. Jego dobra i wielką owczarnię odziedziczył zięć. Zmarłego pochowano na cmentarzu w Łagoszowie Wielkim. Nikt go nie opłakiwał, przeciwnie – zapanowało uczucie ulgi. Nie na długo jednak. Wnet poczęto szeptać, że w owczarni, a zwłaszcza w pałacu, dzieją się nocami dziwne rzeczy. A to drzwi otwierają się i zamykają z trzaskiem, a to ,,coś’’ snuje się po sieniach, słychać jakby wleczono ciężkie żelazne łańcuchy. Przy tym słyszano a to mamrotanie, a to stękanie. Kiedy indziej znów powstawał głośny a niewidzialny tumult. Samoczynne skrzypienie schodów albo bicie ściennych zegarów, jak na komendę i bez opamiętania, były ,,na porządku nocnym’’.
Kiedy się o tym wszystkim rozniosła wieść, zmówili się stróż pałacowy i łowczy i udali się nocą do pałacu, aby ustalić przyczynę dziwnych hałasów. Niczego jednak nie wskórali. Wyjątkowo ostre psy, które wziął z sobą łowczy, zachowywały się potulnie. Kiedy wpuszczono je na dziedziniec, godzinami żałośnie wyły.Doszło do tego, że w pałacu nikt już nie chciał mieszkać ani przebywać. W tym samym czasie zauważono też, że owce w owczarni chudną w zastraszającym tempie, choć bez naturalnej przyczyny. Ludzie przyjęli to za znak.  ,,Coś jest w tym miejscu nie tak’’ – mówili. Potwierdzali to parobcy zatrudnieni przy owcach. Poszli do starego owczarza Rohra, który był ich przełożonym i oświadczyli, że boją się i odtąd nie będą w stajni nocować. Opowiadali, że w nocy trzoda dostaje ,,wścieku’’ : owce ganiają w koło jak szalone, czemu się nie ma co dziwić, bo ściga je światło jakby latarni. Owczarz chciał to oczywiście wybadać. Dobrał sobie towarzyszy wójta i woźnicę Simona. Poszli późnym wieczorem. Towarzyszyli im pasterze i parobcy ze wsi, zaopatrzeni w twarde knuty, z warującymi przy boku psami. Kiedy wybiła północ, w ciemnej oborze ukazało się światło latarni. Miotało się ono, to w górę, to w dół. Przerażona trzoda skotłowała się, łeb w łeb, w rogu stajni. Ludzie zamarli. Psy nie ruszyły się z miejsca. Następnego dnia stary Rohr poszedł naradzić się z panem Schneiderem. Ten zgodził się, że zdarzenia w owczarni i pałacu wywołane są przez ,,domowego demona’’. Odkrył też przyczynę: ani chybi, to duch teścia pokutuje za jego grzechy, popełnione za życia. Tak jak nie dawał spokoju swoim bliźnim, tak teraz sam nie zaznaje go w grobie i musi się błąkać po świecie. Schneider obiecał, że uczyni wszystko, aby się pozbyć złego ducha. Niebawem znalazł na to sposób. Słyszał był już coś niecoś o pewnym egzorcyście z Wrocławia. Polecił go odszukać i sprowadzić. Egzorcysta po przybyciu do Radwanic poczynił starania o otwarcie grobu Noacka. Polecił następnie, żeby w nocnej ,,godzinie duchów’’ przewieść trumnę na nowy cmentarz
w Lipinie. Tak też się stało. Sarkofag załadowano na wóz. Uformowano kondukt: czterokonny zaprzęg, przed nim kilku jeźdźców, z boku ludzie z folwarku. Ruszono z kopyta przez noc – na wprost, na przełaj, przez pola i mokradła. Nikt z eskorty nie miał prawa obejrzeć się za siebie. Kiedy
w pewnym momencie wójt zgubił na wybojach czapkę, musiał się po nią wracać następnego dnia. Spienione konie zatrzymały się dopiero przed bramą cmentarza w Lipinie. Nie skorzystano jednakz niej. Trumnę przeniesiono przez ogrodzenie. Po czym opuszczona została do przygotowanego wcześniej dołu – i natychmiast zasypana. Od nocy, w której wygnano ducha złego Noacka, nie straszy już w wielkiej owczarni i w radwanickim pałacu, a sprawy idą tak jak trzeba

Źródło: „LEGENDY ZIEMI GŁOGOWSKIEJ „ Antoni Bok